Piotr Myślak o triathlonowych treningach

46
wyświetleń
Piotr Myślak o triathlonowych treningach

Na nasz kolejny wywiad zaprosiliśmy Piotrka „Owoca” Myślaka, który jest miłośnikiem i propagatorem aktywnego sposobu życia. A jaki to sposób? Triatlonowy. Podobno jedyny słuszny i najlepszy na świecie. Piotrze – powiedz kilka słów o sobie.

Jak to mówią w telewizji: witam Państwa zgromadzonych przed telewizorami i radioodbiornikami oraz telefonami komórkowymi. Jestem Piotrek, znany w świecie triatlonowym i biegowym, jako „Owoc”. Od wielu lat ta ksywka mi towarzyszy. Pewnie ktoś zaraz zapyta dlaczego „Owoc”? Od razu uprzedzę i odpowiem. Kiedyś byłem bardzo duży i mówili na mnie „Grapefruit”. Po latach treningu tej wagi trochę ubyło i z grapefruita zrobił się owoc.

Na co dzień pracuję i jestem właścicielem sklepu triatlonowego Triathlonista.com, prowadzę zajęcia biegowe dla firm, dla osób indywidualnych, organizuję również treningi na wodach otwartych.  Można mnie też było spotkać na City Trail, na Biegu Lwa, Triatlonie Lwa i na wielu innych imprezach. Jest to mój konik od wielu już lat. Z przekonaniem twierdzę, że sport to najlepsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała. Dzięki temu poznałem mnóstwo fantastycznych ludzi i miejsca, do których normalnie bym nie trafił. Sport towarzyszył mi od małego.

Jak narodziła się ta Twoja pasja?

Przede wszystkim trzeba zacząć od lat najmłodszych. Tata poświęcał mi bardzo dużo czasu. Wspólnie uprawialiśmy sport: czy to piłkę nożną czy rower, czy koszykówkę lub bieganie. A muszę przyznać, że kiedyś sportu bardzo nie lubiłem. Od małego miałem wpajane, że sport to nie jest kara, że to jest przyjemność. W wieku około czternastu lat trafiłem do drużyny koszykarskiej Polpak Świecie. Wsiąknąłem bardzo mocno nie tylko w sferę sportową od strony boiska, ale też w kibicowską. Trafiłem na dobrych trenerów, którzy wpajali mi to, że przez sport można się wybić, osiągnąć wiele i zrobić coś dobrego nie tylko dla siebie, ale i dla otoczenia. Gdy przeniosłem się na studia do Poznania, podczas jednego z treningów koszykarskich złamałem obojczyk. To zamknęło mi drogę do „kosza”.

Próbowałem chodzić na treningi z dziewczynami, gdzie gra jest lżejsza, ale sprawność nie wracała tak szybko, jak chciałem. Do drużyny już nie wróciłem, więc motywacja mi drastycznie spadła. Podczas 6 tygodni w ortezie trochę kilogramów mi przybyło. Co jest najlepszym sposobem na ich zrzucenie? Iść pobiegać. I tak któregoś razu 24 grudnia poszedłem pobiegać z tatą. Powoli doszło do tego, że bieganie towarzyszyło mi każdego dnia. Z tego biegania narodził się kiedyś pomysł, żeby wystartować w triathlonie. Wpadłem w to. W debiucie zrobiłem połówkę Iron Mana. Potem na wiele lat pomysł ten odszedł jednak w zapomnienie. Bieganie stało się moją główną aktywnością. Kilka lat później, w pracy w wojsku, dostałem propozycję współpracy w sklepie – Triathlonista.com – wrócił więc pomysł na triatlon. Pomyślałem, że może spróbuję długi dystans. Po roku przygotowań, wystartowałem w Borównie. Poszło fajnie, bo ukończyłem rywalizację w 10,5 godziny. Wydawało mi się, że w debiucie to dobry czas. Zwłaszcza, że wcześniej miałem raptem 4 starty na koncie.

Warto tu wspomnieć o dosyć istotnym momencie w Twojej zawodowej karierze, czyli o Szwajcarii. Opowiedz co tam się działo.

Po starcie w Borównie wspólnie z kolegą Piotrem zastanawialiśmy się co dalej. Chciałem wystartować na zawodach gdzieś tak, żeby mieć wrażenie, że to jest przygoda życia. Połączyć sport ze spełnianiem marzeń. Szukałem czegoś w Europie. Jestem typem człowieka, który sporty traktuje siłowo – łatwiej jest mi siłowo podjechać na rowerze pod górę, niż ścigać się na płaskich trasach. Stwierdziłem, że mój wybór musi paść na góry. Idąc dalej, pomyślałem o terminie. Urlop mogłem zaplanować na lipiec-wrzesień. W lipcu odbywają się dwa starty górskie: w Anglii i Szwajcarii. Wybrałem drugą lokalizację, z uwagi na łatwość transportu – można wsiąść w auto i dojechać. Koniec końców marzenie udało się spełnić. W rocznicę swojego ślubu wystartowałem w Zurychu na pełnym dystansie IronMana. Uważam, że to była impreza sportowa mojego życia. Mimo, że pod względem wyniku nie byłem zadowolony, to sama organizacja, podejście organizatorów, atmosfera są czymś, co Szwajcarzy opanowali do perfekcji. Stojąc na mecie, wiedziałem, że dałem z siebie wszystko.

Jesteś dowodem na to, że warto mieć marzenia i je realizować.

Warto spróbować je realizować. Bo po to są marzenia. Zapisujemy je sobie w głowie nie po to, żeby je schować do kieszeni, ale aby je chociaż spróbować zrealizować. Przy wspólnym działaniu nas i naszych bliskich jesteśmy w stanie zrobić o wiele więcej niż nam się wydaje.

Podsumujmy osobom, które Cię nie znają, Twoje osiągnięcia na poszczególnych dystansach.

Kiedyś sobie powiedziałem, że moim marzeniem jest maraton poniżej 2:50:00, półmaraton w 1:15:00, „dycha” w 33 minuty i wszystkie te założenia udało mi się zrealizować, więc w pewnym sensie jestem spełniony. W maratonie życiówkę mam na poziomie 2:40 z sekundami, półmaraton pobiegłem w 1:14:00, a na 10 km mam czas 32:57, gdzie przy moim gabarycie to jest już coś. Wiem, że wszystko jestem w stanie jeszcze poprawić, tylko trzeba dobrze ułożyć plan życiowy i treningowy. Każdy, kto biega „dychę” w 32 minuty wie, że tego nie robi się z dnia na dzień – trzeba trafić w dany segment treningu i nie rozpraszać się na przykład na dłuższe dystanse. Chciałbym jeszcze kiedyś spróbować pobiec na 5 km poniżej 16 minut, ale wiem, że musiałbym zrezygnować z trenowania do triatlonu na rzecz tej szybkiej piątki. Niestety, wolę dłuższe dystanse. Wydaje mi się, że jestem o wiele bardziej wytrzymały, niż szybkościowy. Coś trzeba wybrać.

Fot. Łukasz Stachowiak

Jak trenować w czasie, gdy wszyscy jesteśmy mocno ograniczeni wychodzeniem na zewnątrz.

Przede wszystkim trzeba do tego podejść zdroworozsądkowo. Tylko spokój nas uratuje w tych dziwnych czasach. Jak trenować? Starajmy się tak trenować, jak trenowaliśmy, znajdując złoty środek dla siebie.

Jeśli trenowaliśmy pływanie i zamknęli nam baseny, można trenować przy pomocy specjalnych gum „na sucho” w domu.  Gdy zrobiło się cieplej ludzie wyciągnęli baseniki przydomowe, przypinali się gumami do drzew, wskakiwali do nich i pływali w miejscu. Świetnym przykładem jest tu Agnieszka Jerzyk, która pływała w oczku wodnym pod domem swoich rodziców. Oczywiście taki trening nie odda specyfiki pływania w basenie, czy wodach otwartych, jednakże uspokoi nam trochę głowę. Powoli robi się też pogoda na treningi w wodach otwartych. W jeziorach woda ma około 15 stopni. W Poznaniu zaczynamy się spotykać nad Jeziorem Strzeszyńskim w każdy poniedziałek o 18:00. Jeśli ktoś miałby ochotę spróbować, to serdecznie zapraszam. Oczywiście przy zachowaniu wszystkich standardów higienicznych.

Sposób na rower, czyli drugi triatlonowy element. Tu jest dużo łatwiej. Można przesiąść się z samochodu na rower jadąc np. do pracy. Innym wyjściem są możliwości elektroniczne, czyli trenażery. Dzięki nim jest bezpiecznie: nie mamy kontaktu ani z innymi ludźmi, ani z samochodami i ruchem ulicznym. Można usłyszeć, że na trenażerach jest nudno. Dodatkową motywację można jednak zdobyć w oparciu o aplikacje, które wspierają rowerzystów. Większość z nas pewnie choć raz widziało w działaniu albo słyszało o tym, jak działa aplikacja Zwift. Oprócz treningu można się ze znajomymi ustawić na wycieczkę po Londynie czy Nowym Jorku, czy można się pościgać w wirtualnych zawodach. Często się zdarza, że zawodowcy z „reala”, z prawdziwych tras, dostają łomot od zawodowców na Zwifcie, bo ci drudzy lepiej znają biomechanikę jazdy na takim urządzeniu, wiedzą jak i kiedy przyspieszyć np. na podjazdach.

Czy taki trening na trenażerze w domu jest pełnowartościowy?

Ile osób, tyle opinii. Spójrzmy na zawodowców w Hiszpanii. Byli zupełnie pozbawieni treningu na zewnątrz, wykorzystywali więc trenażery do podtrzymania mięśni. Wykonywali jednostki po 1-2 godziny dziennie. Wzorując się na ich doświadczeniach – ma to zdecydowanie pozytywny wpływ. Oczywiście nie odda to pełnej specyfiki jazdy w plenerze, podczas której bujamy się na boki. W domu nie mamy oporów wiatru, nie ma zmiennej nawierzchni i nie pracują aż tak mięśnie głębokie. Jednak kombinacja trenażera i treningu uzupełniającego jest dużo lepsza, niż ryzykowanie wyjścia na rower w czasie pandemii. Jestem zdania, że na trenażerze można zrobić formę na lato tak, że będziemy mieć nogę, która będzie podawała na rowerze.

Zostaje nam bieganie. Można biegać w ogródku. Ludzie udowodnili, że maraton czy ultramaraton można zrobić w ogródku właśnie. Wszystko z głową i na spokojnie. Niektórzy do treningu wykorzystali bieżnie. Czy to pełnowartościowy trening? Jeśli sprzęt jest dobry, to jak najbardziej. Znam zawodników, którzy przygotowują się do biegów na 10 km czy półmaraton właśnie na bieżni i okazuje się, że to bardzo fajnie działa. Wszystko z głową – nie biegajmy w 15 osób, wykorzystajmy las. Schowajmy się tak, żeby nie narażać siebie i innych. Zauważyłem, że od czasów koronawirusa bardzo wiele osób zaczęło biegać – skoro nie mogę iść do sklepu, to pójdę pobiegać, wsiądę na rower czy za chwilę pierwszy raz w życiu popływam na otwartych wodach.

Poruszyłeś bardzo ciekawy temat. W sieci pojawiły się informacje o tegorocznym debiucie treningów pływackich 4 maja. W Poznaniu wtedy było bardzo pochmurnie, wiało i było kilka stopni ciepła. Co to była za okazja?

Tego dnia nasz rząd zmienił obostrzenia i można było spotkać się w większej grupie. Nikt nie miał w tym roku możliwości przetestowania sprzętu triatlonowego, jak to miało miejsce dotychczas, więc daliśmy taką możliwość. Spotkanie 4 maja było połączone z testami pianek. Z naszego sklepu można było zamówić sobie rozmiar pianki, przywoziłem to na trening i można było zobaczyć jak działają w wodzie. Pamiętam, że rok temu na pierwszym treningu pojawiło się 11 osób. Na następnym spotkaniu było już prawie 50 osób, z czego połowa pierwszy raz w życiu na wodach otwartych. Wspólne treningi to przede wszystkim bezpieczeństwo, nowe przyjaźnie, ale także wzajemna motywacja i asekuracja. Do tego, żeby zacząć wystarczy strój, ręcznik i dobry humor.

Przypomnij, gdzie odbywają się treningi?

Na plaży w Strzeszynku, po prawej stronie, przy restauracji. Między dwoma drzewami jest ławeczka, przy której ktoś zawsze zostaje, więc spokojnie można zostawić rzeczy i pływać.

Fot. Tomasz Szwajkowski

Pytanie, czy spokojnie? Dla triatlonistów i pewnie dla osób morsujących, 15 stopni to jest całkiem dobra temperatura. Jak to zrobić pierwszy raz, żeby się nie zrazić?

Trzeba to zrobić tak, jak byśmy wchodzili do zimnej wody – trzeba się do tego przyzwyczaić. Pierwsze treningi z nami to wspólna próba wejścia do wody, zamoczenia się, przelania wody przez piankę triatlonową tak, żeby poczuć zimną wodę. Powoli, nic na hura. Można się dodatkowo zabezpieczyć wykorzystując akcesoria neoprenowe: na ręce, na stopy, na głowę. Smarujemy się też często wazeliną pod oczami, żeby nie marznąć. Podobnie jak z morsowaniem. Na początku wchodzimy na minutę, a potem stopniowo wydłużamy czas w wodzie.

Wspominałeś jak sobie radzić z poszczególnymi treningami. Co jednak robić w momencie, gdy spada nam motywacja?

Przede wszystkim wykorzystajmy to, co daje nam technologia. Każdy z nas ma lub może mieć do niej dostęp, jeśli nie ma trenera. Istnieje wiele aplikacji, w których możemy zdobywać odznaki za osiągnięcia. Przykładowo: przebiegnijmy 50 kilometrów w jednym tygodniu. W kolejnym przejedźmy 150 km na rowerze. Ustalajmy sobie cele w oparciu o aplikacje typu Garmin Connect czy Strava. Korzystajmy z wyzwań, które rzucamy sobie w grupie ze znajomymi. Powalczmy na dystansie 5 km o to, kto zrobi najlepszy czas. Kto wygra, ten kupuje paczkę pączków. Jeśli jeździmy rowerem, a nie możemy wyjść na zewnątrz, wykorzystajmy trenażer i wyścigi, które są w nim dostępne – zmierzmy się z ludźmi z całego świata, sprawdźmy w jakim miejscu jesteśmy i poprawiajmy swoje osiągnięcia. Uciekając jednak od świata wirtualnego, to moim zdaniem, największym motywatorem jest jednak drużyna. Nic tak nie motywuje, jak wspólna pasja i dążenie do jednego celu, jakim jest dobra forma. Przy czym pamiętajmy – to ma być zdrowa rywalizacja. Na końcu każdej rywalizacji ciągle będziemy kumplami, znajomymi  czy rodziną. Róbmy sobie małe testy – na przykład pod koniec każdego miesiąca zróbmy sobie test Coopera (próba wytrzymałościowa polegająca na 12-minutowym nieprzerwanym biegu). Nagradzajmy się – jeśli przepracowałem bardzo dobrze tydzień, to dziś na kolację zjem hamburgera albo pizzę.

Albo karton pączków!

Tak, albo karton pączków – jeśli nie uda się zrealizować celu, to nie ma nagrody. Nie zrażajmy się. Mimo, iż czasem jest ciężko, przekujmy nasze oburzenie, czy niezadowolenie w dobry trening. Pozwiedzajmy nowe miejsca – podczas treningu biegowego czy rowerowego to szczególnie motywujące.

Dzięki za dobre rady i spotkanie.

Dzięki.

Rozmawiał Witek Przybylski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here