O biegowej przygodzie – wywiad z Marcinem Kęsy

111
wyświetleń
O biegowej przygodzie - wywiad z Marcinem Kęsy

Marcin Kęsy – „zawodowy amator”, dobrze znany poznański biegacz. Marcinie – na początek, powiedz kilka słów o sobie.

Dziękuję za zaproszenie i spotkanie. Pamiętam, jak dwa tygodnie temu umawialiśmy się na rozmowę, ustalając zakres tematyczny. Wiedziałem, że dla mnie najtrudniej będzie opowiadać o sobie, o swoich wynikach. Jestem maratończykiem, jak wielu z was. Mój najlepszy wynik na królewskim dystansie to 2:28, a nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Jestem współzałożycielem grupy PRO366, jestem też trenerem. Od niedawna, wspólnie z kolegą, prowadzę badania wydolnościowe dla sportowców. Choć droga do celu była kręta, to całe moje obecne życie jest związane z bieganiem.

Chciałbym, abyśmy kilka z tych poruszonych przez Ciebie kwestii rozwinęli. Wspomniałeś, że Twoja droga biegowa była kręta – jak to się wszystko zaczęło?

Ponad 12 lat temu nie pomyślałbym, że będę miał jakąkolwiek styczność z bieganiem. Byłem gruby. Wiem, że patrząc na mnie teraz, ciężko w to uwierzyć, ale tak – miałem sporą nadwagę: 103 kg. Przygoda z tym sportem to był efekt zakładu. Pracując w hotelu, założyłem się, że schudnę określoną ilość kilogramów. Jeśli dobrze pamiętam miało to być 16 lub 18 kg. Obiecałem sobie, że jeśli to mi się uda, to wystartuję w maratonie. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z czym to się wiązało. Chciałbym, żeby to była przestroga dla innych. Ten maraton to były pierwsze zawody jakie przebiegłem w życiu. Wcześniej nigdzie nie biegłem, rzuciłem się od razu na „głęboką wodę”. Skończyłem go, ale zostało to okupione olbrzymim bólem i mikrourazami. Paradoksalnie, ten ból tak mi się spodobał, że zacząłem biegać regularnie. Pierwszy maraton w życiu przebiegłem w 4 godziny 8 minut. Nie stanąłęm ani razu, co było moim celem i się udało.

Marcin Kęsy - PRO360
Marcin Kęsy – PRO360, fot. Andrzej Olszanowski

Wysoko postawiłeś sobie poprzeczkę.

To prawda. Po tym pierwszym maratonie zacząłem brać udział w krótszych biegach. Następny maraton odłożyłem sobie na później.

Od tego pierwszego biegu minęło kilka lat, stałeś się rozpoznawalnym biegaczem, brałeś udział w plebiscytach i konkursach sportowych. Byłeś stałym uczestnikiem przynajmniej dwóch poznańskich biegów: Biegu Sylwestrowego oraz Recordowej (dawniej Maniackiej) Dziesiątki.

Gdy zaczynałem przygodę z bieganiem, w Poznaniu nie było zbyt wiele grup, do których można by przynależeć. W moich biegowych początkach chyba jedyną był Klub Biegacza Maniac – organizator Maniackiej Dziesiątki. Przez jakiś czas należałem do tej grupy, więc naturalne było to, że brałem udział w tym biegu. Prawda jest też taka, że w tych obu biegach, o których wspomniałeś, dobrze mi szło. To był dodatkowy powód, dla którego w nich się lubowałem. Bardzo długą przygodę, która trwa do dzisiaj mam też z City Trailem. Biegam tam do dzisiaj od samego początku. I sentymentalnie i przygotowawczo to jest ta impreza, w której zawsze będę chciał startować. Z tym biegiem jest związana cała moja historia. Od bardzo wolnego biegania po przecięcie szarfy kilka lat temu na mecie. Z ulubionych zostanie jeszcze poznański półmaraton i maraton.

Przeczytaj także: City Trail pod lupą – wywiad z Piotrem Książkiewiczem i Piotrem Bętkowskim

Z tymi biegami wiążą się też Twoje wyniki. Aby pokazać jakiej klasy „amatorem” jesteś, opowiedzmy o tym.

Na 5 km – 15:22. Jednak dla mnie nie jest to jakiś super wynik. Jeśli spotkamy się za kilka lat i zrobię 14:50, to też powiem to samo, że wynik nie jest rewelacyjny i trzeba go poprawić. Podczas Maniackiej Dziesiątki udało mi się wybiegać 31:33. Półmaraton 1:09:47 i maraton 2:28:36.

Warto w tym momencie powiedzieć dlaczego Twój wynik w maratonie jest wyjątkowy.

Jest to wynik dwóch maratonów, które przebiegłem pod rząd w odległości bodajże 6 miesięcy. Pierwszy był Orlen Warsaw Marathon 2:28:36. To był wynik, z którym bardzo długo się boksowałem. Chciałem go złamać, ale długo magicznej granicy 2:28 nie byłem w stanie dosięgnąć. Pomyślałem, że „u siebie” w Poznaniu trzeba pobiec jeszcze lepiej. I pobiegłem co do sekundy dokładnie tak samo: 2:28:36. Wielu moich znajomych twierdzi, że zrobiłem to celowo. Chcąc im udowodnić, że tak można, na następnym „Orlenie” pobiegłem 2:28:42. Obiecałem sobie, że w tym roku, jeśli będzie to możliwe, poprawię ten wynik.

Marcin Kęsy, fot. Andrzej Olszanowski
Marcin Kęsy, fot. Andrzej Olszanowski

Trzymamy kciuki za ten cel. Czy pamiętasz ile maratonów przebiegłeś podczas tych kilkunastu lat?

Na pewno bardzo wiele. Ile dokładnie to nie wiem. Nie robię takich podsumowań. Zawsze uważałem, że podsumowania robi się na końcu, a ja nie zamierzam niczego kończyć. Prawdopodobnie było ich kilkanaście. Kosztują mnie bardzo wiele wysiłku, więc nie ma ich aż tak dużo.

Biegasz nie tylko z Polsce. Niektóre z Twoich zagranicznych startów wiążą się z ciekawymi historiami. Dlaczego Maraton w Nowym Jorku był wyjątkowy?

Maraton Nowojorski przebiegłem dwa razy. Pierwszy raz z Marcinem Grabińskim, więc miałem wówczas możliwość przyjrzeć się dokładnie trasie. Była bardzo ciężka i dlatego mnie zachęciła. Lubię wyzwania. Po namowach przyjaciółki postanowiłem po raz kolejny zapisać się na ten bieg. Robiłem to w deszczu, jadąc na rowerze na stadion w Poznaniu. Bałem się, że zapisy szybko się skończą. Było zimno i chyba coś za dużo musiałem poklikać, bo okazało się, że w polu „narodowość” podałem, że jestem Amerykaninem. Swojego błędu nie byłem świadomy aż do końca. Sprostowanie nastąpiło dopiero po rozdaniu nagród. Finalnie udało się wszystko wyprostować. Co do samego biegu, to też był specyficzny. Wspólnie z przyjaciółką Kasią pobiegliśmy na start, gdzie kilka godzin czekaliśmy na rozpoczęcie imprezy. To był bardzo zimny dzień. Siedzieliśmy na słomie, przebrani w jakieś stare malarskie ciuchy, które nam ktoś pożyczył. Wtedy, zanim jeszcze się zaczął, już wiedziałem, że będzie spisany na straty, bo energetycznie to wychłodzenie bardzo dużo mnie kosztowało. Trasa okazała się bardzo wymagająca. Miłym akcentem było to, że po dotarciu okazało się, że jestem pierwszym Polakiem – czy też Amerykaninem – na mecie.

Marcin Kęsy – trener biegaczy, fot. Piotr Oleszak

Czy doping ze strony Polonii był zauważalny podczas biegu?

Podczas każdego biegu za granicą spotykam się z dużym odzewem. W Stanach Zjednoczonych jest mnóstwo Polaków. Dużo się działo na trasie. W tym biegu wystartowało ponad 100 osób z Polski, więc i kibiców było sporo. Podczas maratonu w Nowym Jorku to między innymi dzięki kibicom czułem się trochę jak u siebie.

Czy podczas innych biegów zdarzały Ci się równie niesamowite historie?

Każdy ze startów jest wyjątkowy. Nie tylko ze względu na wynik, ale na różne historie w trakcie, przed i po biegu. Wszystko to, co się dzieje podczas zawodów ukierunkowuje zawodnika treningowo. Uważam, że jeśli jakieś zawody „nie wyjdą”, to to jest najlepsza lekcja. Sam często się łapię na tym, że bardzo krótko cieszę się z rekordów życiowych. Po fakcie, nie powiem: „fajnie, zrobiłem to”, tylko czuję niedosyt – może mogłem zrobić coś inaczej, lepiej. Wierzę, że następnym razem będzie jeszcze lepiej.

Marcinie, oprócz trenowania samego siebie, jesteś też trenerem i przewodnikiem niewidomego biegacza: Marcina Grabińskiego.

Nasza współpraca z Marcinem trwa już dłuższy czas. Zaczęła się trochę przypadkowo. Urodziłem się w Lublińcu, wychowałem w Bełchatowie, a mieszkam i żyję w Poznaniu. Marcin Grabiński pochodzi z moich rodzinnych stron. Nie znaliśmy się wcześniej. Podczas jednego z biegów w Poznaniu, Marcin szukał osoby do pomocy podczas biegu. Moi kuzyni zaproponowali mnie. W tamtym momencie nie mogłem mu pomóc, bo miałem swoje biegowe zobowiązania. Udało się to w następnym roku. Pobiegliśmy razem w „Biegu na tak”. Złapaliśmy kontakt i tak to się zaczęło. Okazało się, że Marcin nie tylko biega, ale robi to bardzo dobrze. Po jakimś czasie został powołany do kadry. Skoro on, to i jego przewodnik też. Naszym startem miał być Londyn – Mistrzostwa Świata w maratonie, czyli koronnym dystansie niewidomego biegacza. Marcina cechuje niesamowita determinacja, silna wola i jakaś wewnętrzna przekora. Robi bardzo wiele wbrew ograniczeniom. Gdyby dzisiaj okazało się, że straciłby ręce, to za chwilę powiedziałby, że będzie pływał. Ma bardzo duży dystans do siebie i swojej niepełnosprawności. Założył bloga „Biegnę, bo nie widzę przeszkód”.

Marcin Kęsy i Marcin Grabiński
Marcin Kęsy i Marcin Grabiński, fot. Piotr Oleszak

Jak wyglądają Wasze wspólne przygotowania do startów?

Po latach pracy mogę powiedzieć, że wiele moich reakcji i zachowań względem niewidomego biegacza jest już bardzo naturalnych, odruchowych. Niemniej, na początku to była bardzo ciężka praca. Podczas treningów biegniemy połączeni linką. Marcinowi trzeba podawać komendy, np: „dziura”, „przeszkoda”. Trzeba to robić na tyle umiejętnie i subtelnie, żeby zrozumiał, że „przeszkoda” to nie jest wysoki mur czy drzewo na wysokości biodra. Marcin wyczuwa tonację mojego głosu, co powoduje, że rozumiemy się jeszcze lepiej. W życiu codziennym daje sobie sam tak doskonale radę, że czasami o tym zapominam. Podczas przygotowań do któregoś z maratonów miał zrobić wybieganie na 30 km. Nie mogłem mu wtedy towarzyszyć, więc poszedł na stadion i zrobił ten dystans na pętlach 400 m na stadionie. Sam.

Jak udaje Ci się pogodzić treningi z Marcinem ze swoimi przygotowaniami do startów?

Obaj jesteśmy długodystansowcami, więc część treningów możemy robić razem. Moja forma musi być dużo lepsza, abym podczas biegu mógł się skupić na nim, a nie na swoich słabościach. Moje treningi są więc dużo cięższe. Często wygląda to tak, że jadę na rowerze z Marcinem na lince, a potem robię jeszcze dodatkowo swój trening w podobnym założeniu, tylko dużo szybciej. Pamiętam taką historię na jednym ze zgrupowań: mieliśmy do zrobienia długi odcinek, ponad 25 km. Po skończeniu, Marcin się przebrał, wsiadł na rower i pojechał ze mną na lince. Okazało się, że świetnie sobie dawał radę – droga była długa i bardzo prosta, więc nie było problemów z przeszkodami. Pod sam koniec treningu urwałem się z linki i ostatnie kilkaset metrów Marcin miał do przejechania samodzielnie, bez asysty. To było niesamowite także dlatego, że Marcin siedział pierwszy raz od kilkunastu lat – od utraty wzroku – na rowerze.

Marcin Kęsy oraz Marcin Grabiński, fot. Piotr Oleszak
Marcin Kęsy oraz Marcin Grabiński, fot. Piotr Oleszak

Niesamowite! A jak wyglądają Twoje treningi?

Myślę, że wiele osób, które od dawna biegają doskonale to wiedzą, a Ci którzy nie, to sobie na pewno przyswoją, że żeby dobrze biegać, nie trzeba trenować dużo, tylko mądrze. Trenuję już 12 lat i nie miałem kontuzji. Wynika to z tego, że trenuję odpowiednio do swojego wieku, możliwości i tego na co w danej chwili mnie stać a nie na co mam ochotę. Dzięki temu mogę bieganiem cieszyć się cały czas. Treningi dzielę na cały rok. Zakładam sobie priorytet i nad nim pracuję. Rozplanowując biegi, mogę oszacować kiedy powinien nastąpić szczyt formy. Jeśli chodzi o plany treningowe – oczywiście tak, współpracuję z trenerem, a także z dietetykiem. Niezależnie od stażu, dobrze jest mieć kogoś, z kim można skonsultować postępy, kogoś, kto „na chłodno” spojrzy na to, co się dzieje. Co do diety – czy jest potrzebna? Nie miałem dietetyka, jak ważyłem 103 kg, teraz jestem pod opieką dietetyka, jem dużo więcej i ważę 64 kg. Położyłbym na jednej szali trening, regenerację i dietę. To równoważne składniki dla mnie.

Jak modyfikowałeś swoje treningi w okresie, gdy obowiązywały wszystkie obostrzenia ze względu na pandemię?

Nie modyfikowałem w ogóle treningów. W takich sytuacjach zawsze staram się szukać pozytywów. Gdy dowiedziałem się, że starty zostały odwołane, postanowiłem skupić się na lepszym przygotowaniu w tym zakresie, w którym normalnie nie zawsze jest na to czas. Postanowiłem, że to jest moment, w którym mogę przygotować się najdokładniej, jak to tylko możliwe. Biegałem spokojniej, wprowadziłem jeszcze więcej ćwiczeń ogólnorozwojowych.

Jakie masz jeszcze cele do zrealizowania na ten rok?

Mam ciche marzenie, że maraton poznański się jednak odbędzie. Chciałbym wystartować – tu zawsze mi się najlepiej biegało. Jeśli okaże się, że to się uda, będę pewnie chciał zrobić wcześniej kilka startów kontrolnych. Potem krótkie roztrenowanie, CityTrail i przygotowania do kolejnego sezonu. Może uda się wystartować w półmaratonie z Lizbonie lub w biegu w Oslo.

Kto jest Twoim biegowym idolem i dlaczego?

Na pewno osobą, która jest dla mnie przykładem mądrości treningowej jest Mariusz Giżyński. Podczas miesięcznego obozu na Teneryfie miałem okazję poznać bliżej także Kamila Leśniaka – bardzo inspirująca znajomość. Na pewno warto tu też wspomnieć Bartka Przedwojewskiego, który pokazał mi, jak wygląda prawdziwy trening „górala”.

Czy planujesz biegi ultra?

Nie planuję. Przebiegłem kiedyś Wings for Life i dla mnie to było ultra. Przebiegłem wtedy 62 lub 63 km. Dało mi to 2 miejsce. Nie podobało mi się to. Chciałbym kiedyś spróbować biegów górskich, ale na takim „ludzkim” dla mnie dystansie 20 – 30 km.

Gdzie w Poznaniu można Cię spotkać?

W tej chwili w kilku miejscach: w środę o 19:00 i w sobotę rano spotykamy się z grupą PRO366, poza tym otworzyłem gabinet, w którym prowadzimy badania wydolnościowe dla sportowców. Dodatkowo zapraszam też na treningi indywidualne do mnie.

Zatem do zobaczenia i dziękuję za rozmowę!

Dziękuję.

Rozmawiał Witek Przybylski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here