Triathlon w kobiecym wydaniu – wywiad z Mary Zubowicz

596
wyświetleń
Triathlon w kobiecym wydaniu - wywiad z Mary Zubowicz
Triathlon w kobiecym wydaniu - wywiad z Mary Zubowicz, fot. Krzysztof Czechowski

Wywiad z Mary Zubowicz, weganką, trenującą amatorsko triathlon, fotografem i instruktorem indoor cycling dla portalu AktywniewPoznaniu.pl.

Mary, doszukałam się na Facebooku początków naszej znajomości i byłaś jedną z osób, które w 2017 roku przekonały mnie do startu w triathlonie w Bydgoszczy. Także bierzesz udział w triathlonach. Opowiedz o swoich początkach i o historii udziału w triathlonie.

Faktycznie tak było – cieszę się, że mogłam się przyczynić do wzbogacenia Twoich doświadczeń, choć nie jesteś osobą, którą trzeba długo namawiać, jeżeli ma na coś ochotę 🙂

Moja przygoda z triathlonem zaczęła się od kibicowania przez dwa lata, troszkę wówczas biegałam i jeździłam na rowerze, nie w takim wymiarze jak teraz, nie przychodziło mi wówczas nawet do głowy, że mogłabym sama kiedykolwiek spróbować. Więc, dlaczego w ogóle triathlon jednak pojawił się w moim życiu? Nałożyły się na to dwa wydarzenia z mojego czasu nastoletniego, a mianowicie stwierdzenie niewielkiej wady serca, która uniemożliwiała mi uprawianie sportu, a zdarzało się, że i utrudniała nieco życie oraz niefortunne podtopienie, kiedy to dla żartu wrzucono mnie do bardzo głębokiej wody, a ja nie potrafiłam pływać. Skończyło się to traumą, która z czasem urosła do całkiem konkretnych objawów histerycznych, objawiając się nawet pod prysznicem z powodu kilku kropli wody na twarzy.

Nie umiejąc pływać, a mało tego, bojąc się przestraszliwie, nie mając jakiegokolwiek sprzętu, poza wielkim i ciężkim, za dużym „góralem”, zapisałam się na dystans ½ Ironmanna w Borównie. W międzyczasie okazało się, że wada serca cofnęła się wraz z wiekiem i co w związku z tym, zmianami w strukturze serca na tyle, że nie ma fizjologicznego znaczenia. Po piętnastu latach życia z ograniczeniami poczułam, jakbym urodziła się na nowo. Wystarczyło jeszcze „tylko” nauczyć się pływać. I trochę potrenować. Tylko… Nieliczne osoby wiedzą, ile kosztowało mnie to łez i ile wymagało uporu. Było warto! Dzisiaj kocham pływać, doskonale czuję się na basenie – chciałabym jeszcze tak swobodnie czuć się kiedyś w wodach otwartych.

Dystans ½ Ironmanna jako debiut to odważna decyzja i spore wyzwanie. W jakich zawodach brałaś udział? Które wspominasz najlepiej, a które powodują, że masz ciarki na całym ciele, kiedy o nich myślisz?

Tak naprawdę nie mam za sobą wielu startów – na wielu zawodach bywałam w roli kibica, na niektóre wracałam jako zawodnik. Startowałam w Charzykowach, Suszu, Bydgoszczy, Blachowni, Borównie, Poznaniu, Sławie, a także w duathlonach i zawodach biegowych.

Ciarki, to mam zawsze przed każdymi zawodami, a szczególnie tymi, w których grozi pływanie bez pianek :-). Strach nie minął na tyle, że mogłabym poczuć się swobodnie w jeziorze bez pianki. Przyjdzie taki moment, ale jeszcze nie jest to teraz.

Zawsze będę pamiętać te, w których po raz pierwszy przepłynęłam, czyli Bydgoszcz Triathlon. Mam sentyment do tego miasta i cenię organizatorów, za to, że wstrząsnęli polskim światem triathlonu w posadach, robiąc takie zawody, jak to czynią szósty już rok. Uwielbiam kameralne imprezy, takie jak w Sławie, które organizuje pan Jerzy Górski – legenda polskiego triathlonu, a w tym roku dodatkowo odbył się tam Memoriał Jasia Kmiecia, chłopca, który swoim istnieniem i odejściem zapoczątkował starty w Polsce na szerszą skalę niepełnosprawnych dzieci wraz z ich opiekunami.

Wracam też z wielkim sentymentem na poznański tor – na zawody duathlonowe, mają wyjątkową atmosferę. Połączenie dyscyplin, w których czuję się najlepiej sprawia, że mogę skupić się tylko na tym, by danego dnia dać z siebie maksymalnie ile mogę i znowu o kawałek przesunąć granice, lub dowiedzieć się czegoś nowego o sobie.

Dla mnie nie mają znaczenia plastikowe puchary i medale – nie są celem samym w sobie, bo przecież nikt mnie z nimi nie pochowa, jak żołnierza zza wschodniej granicy. Celem życia jest przeżywanie, a nie zbieranie „odznaczeń”. Wyniki nie definiują mnie jako człowieka, a tym samym nie sprawiają, że brak super osiągnięć obniża moją samoocenę i dobry nastrój, definiuje mnie jedynie sposób, w jaki podchodzę do trenowania i zawodów. Czasem oglądając weekendowe relacje w social media po zawodach w sezonie startowym, można się pogubić w tym, kto i gdzie coś „urwał”, albo zrobił życiówkę. Oczywiście nie neguję takiego podejścia, każdy ma prawo do swojego – dla mnie najważniejsza jest droga, a nie sam cel i to, czego mnie ta droga uczy.

Mary Zubowicz - wywiad dla AktywniewPoznaniu.pl

Gdybyś miała cofnąć się do początku, ale wiedziałabyś to, co wiesz teraz, to co byś zmieniła? Poprowadziłaś inaczej swoją historię związaną z triathlonem?

Z perspektywy czasu wiem, że start na dystansie  ½  Ironmanna to była najgłupsza i najpiękniejsza decyzja jednocześnie :-). Najgłupsza, bo po tym starcie długo mój nieprzygotowany na taki dystans organizm dochodził do siebie, a najpiękniejsza, ponieważ odtąd moje życie nie było już takie samo. Triathlon stał się moim trenerem, psychologiem, coachem, przyjacielem od ocierania łez i czasem katem. A przede wszystkim, tak naprawdę,  najszczerszym lustrem.

Rozsądek podpowiadałby przemierzyć tę drogę inaczej – będąc bardziej przygotowaną, dając sobie rok więcej. Serce wie, że wszystko było dokładnie takie, jakie miało być. Nikt nie zabierze mi siły, jaką zwrotnie dało mi spotkanie się twarzą w twarz ze swoim strachem. Tak, popłynęłam i ukończyłam ½ Ironmanna, jako trzeci start w życiu, po dwóch miesiącach od przepłynięcia pierwszy raz kraulem 25 metrów na basenie. Dobiegłam na metę jako ostatnia kobieta, ale jakie miało to znaczenie, w obliczu siedmiu godzin wysiłku, który wytrzymałam, niecałych dwóch kilometrów, które przepłynęłam w jeziorze i nie wyszłam z wody po stu metrach. To był pierwszy moment, w którym poczułam z wielką świadomością, jak silna jest kobieca moc.

Twoja historia jest niesamowita. Ale niesamowite jest także to, co jeszcze robisz. Weganka, trenująca amatorsko triathlon, fotograf, mgr psychologii, instruktor indoor cycling, blogerka – to na Twoim prywatnym profilu na Facebooku. Ale jesteś założycielką także kobiecej grupy TRI-CHICAS, organizatorką kobiecych obozów triathlonowych. Opowiedz coś więcej o grupie TRI-CHICAS. Jak jest idea?

Kilka lat byłam dosyć aktywna w triathlonowym świecie, nasłuchałam się różnych historii i naoglądałam różnych sytuacji. Osiąganie konkretnych wyników w tym sporcie wymaga wielu wyrzeczeń, ogromnego zrozumienia bliskich, a przede wszystkim ich zgody, na postawienie życia do góry nogami i podporządkowanie go pod treningi. Są pary, małżeństwa, rodziny, które odnajdują się w tym, choć nie wierzę, że nie fruwają czasem talerze, mówiąc w przenośni (a może nie). Są też relacje, nie tylko partnerskie, które ten sport, a raczej podejście do niego, niszczy. Mnóstwo również na triathlonowej scenie narcyzmu i wybujałego ego, a raczej ten sport cudownie wydobywa na wierzch takie nasze aspekty. Triathlon pokochałam – lecz taka jego wersja nie była moim światem. I nie jest.

Drugim elementem, który wpłynął na narodziny Tri-Chicas, jest to, że naprawdę niewiele kobiet może trenować kolarstwo czy triathlon na równi z mężczyznami, znam kilka, może kilkanaście. A my, przysłowiowe Grażynki, chcemy móc też doświadczać treningów, wyjazdów, zawodów, ale robić to bez presji, bez oceny, bez komentarzy, po prostu po swojemu.

Idea narodziła się po to, by w kobiecym gronie móc trenować i bawić się jednocześnie, z dystansem i luzem, w kobiecym kręgu, w którym znajdzie się miejsce na światło i mrok każdej z nas. Na nasze talenty i mocne strony, a także na nasze słabości, które wzajemnie pomagamy sobie oswajać.

Ideę przekułam w hasło: MOVE BREATHE SMILE, oddaje ono istotę Chicas, czyli poruszanie się (zarówno w sporcie, jak i w rozwoju osobistym), z oddechem i uśmiechem. Od tego roku, początkowo Tri-Chicas ewoluowały w Chicas, bo jest miejsce dla każdej kobiety, której te wartości są bliskie, niezależnie od dyscypliny sportu i poziomu zaawansowania. Ufam, że te, które będą chciały do nas dołączyć, trafią w odpowiednim momencie, dla siebie i dla nas.

W ramach Chicas organizujesz kobiece wyjazdy, obozy triathlonowe. Gdzie jeździecie?

Na razie odbył się jeden i obędzie się kolejny w tym roku, w Calpe, położonym na hiszpańskim wybrzeżu Costa Blanca, w kultowym miejscu kolarzy i triathlonistów. Możesz być pewna, że jadąc tam wczesną wiosną, spotkasz połowę kolarsko-triathlonowego polskiego świata. I, choć co niektórzy mówią, że to przereklamowane miejsce, dla mnie osobiście jest w nim coś magicznego i warto tam wracać. Może znudzi mi się, jak już przejadę kilka razy wszystkie trasy i zdobędę wszystkie szczyty, a jest po czym się wspinać. Zapewne nie nastąpi to szybko, a i osób, dla których warto będzie tam pojechać jeszcze raz, nie zabraknie.

Pokochałam to miejsce w 2016 roku, kiedy pojechałam po raz pierwszy – połączenie wody (i morze, i jeziorko) i gór sprawia, że czuję się we właściwym miejscu. Można tam naprawdę odpocząć. Znaczenie dla mnie ma nie tylko kultura kierowców względem kolarzy, kultura ludzi wzajemnie wobec siebie, ale także przyroda i architektura, która wycisza. W Polsce o tej porze roku, kiedy nie spadnie śnieg, a drzewa nie mają liści – rzuca się w oczy wszędobylski bałagan: śmieci, brud, a przede wszystkim ogrom obrzydliwych szyldów, reklam, bilboardów w takim natężeniu, że jest to trudne do zniesienia, nawet patrząc tylko pod kątem natężenia bodźców i informacji atakujących nas zewsząd. Jestem osobą wrażliwą, bardzo dbam o higienę umysłu, dlatego tak chętnie wracam w piękną przestrzeń dla oczu, z niecodzienną dla nas roślinnością i spokojem wizualnym dookoła mnie.

W przyszłym roku prawdopodobnie będzie, jako druga, inna lokalizacja, a w przyszłości również wypady w polskie góry na przedłużony weekend.

Hiszpania to przepiękne miejsce na kobiecy obóz. A czy mężczyźni mogą brać w nim udział? Czy to jest typowo babski wyjazd?

Z założenia – babski, od początku – babski. Choć równolegle organizowany jest obóz dla mocarzy, po to, aby pary mogły w jednym czasie odpoczywać w Calpe trenując zgodnie ze swoim poziomem zaawansowania. W tym roku jakoś samoistnie zadziało się coś takiego, że dołączyli do nas i mężczyźni, kolarze, co mnie zdziwiło, ale również niezwykle ucieszyło. Chyba po prostu niezależnie od płci, szukamy teraz dystansu i swobody, możliwości bycia sobą bez stresu, że ktoś nas oceni, bez presji, że będziemy najsłabsi, a także szukamy wspólnoty podobnych nam ludzi. Pozwalam rozwijać się temu projektowi organicznie, niespiesznie, z ciekawością patrząc w przyszłość, dokąd nas on zaprowadzi.

Mary Zubowicz - wywiad dla AktywniewPoznaniu.pl

Jest sporo kobiet, które chciałyby wystartować w triathlonie, ale boją się, nie są pewne czy dadzą radę. Jakie miałabyś rady dla takich kobiet? Jak je zachęcić do spróbowania?

Na krótkim dystansie da radę każda osoba, która choć trochę się rusza i włoży kilka miesięcy systematycznego wysiłku w przygotowania. Raczej nie uda się „wstać z kanapy”, jeżeli dotąd największym hobby było czytanie książek i iść wprost na linię startu. Najlepiej najpierw pojechać na kilka zawodów w roli kibica, osoby, którą się zna, bo triathlon ma w sobie coś z epidemii dżumy 🙂 Zaraża szybko. Każda kobieta jest inna – a to, czy zachęcenie „dotrze” zależy od mnóstwa czynników. Niektórym wystarczy jedno zdanie, inne będą potrzebowały kilku lat, by się odważyć. Rada: życie jest tu i teraz, a kiedy zostawisz za sobą strachy i odważnie zaczniesz stąpać po ziemi, wiele się zmieni. Bezpowrotnie.

Prowadzisz zajęcia indor cycling – gdzie można cię spotkać w Poznaniu lub w innych miastach?

Ze względu na obowiązki zawodowe, prowadzę niewiele zajęć, w tym sezonie tylko dwa, na stałe w Stacji Podolany w Poznaniu. Wkładam w nie sto procent swojego zaangażowania, dlatego, żeby nie wypalić się w tej dyscyplinie – świadomie od początku zdecydowałam się na ograniczoną ilość zajęć.

Poza swoimi zajęciami trenujesz sama / chodzisz na zajęcia do innych trenerów?

Moje trenowanie to trochę miks, trenuję sama, pod konkretny cel udając się pod skrzydła trenerów. Na przykład chcąc poprawić technikę pływania – trenuję z pływakiem, chcąc poprawić umiejętności kolarskie – trenuje z kolarzami. Lubię się uczyć, rozwijać i doświadczać. Może taka metoda dla trenerów triathlonu będzie zupełnie bez sensu, ja jak kot, zawsze stąpam swoimi ścieżkami ;-). W tym sezonie dołączyłam do projektu FTI Karnet Sport, żeby rozwijać się kolarsko. Decyzja okazała się trafioną w dziesiątkę. W poprzednich sezonach korzystałam z pomocy Huberta Króla – to dzięki współpracy z nim nauczyłam się systematyczności oraz nie przetrenowywania się.

Na ten moment w moich treningach przeważa rower, przy wsparciu siłowni, z małą domieszką biegania i pływania – taki był zamysł, żeby intensywnie podciągnąć się w jednej dyscyplinie. Nie jestem zawodowym sportowcem, dysponuję ograniczonym czasem, a przecież nie spieszy mi się nigdzie – mogę więc ze spokojem doskonalić każdego roku inną dyscyplinę triathlonu, nie tracąc tym samym zapału do niego. Obserwuję często u wielu sportowców amatorów wypalenie, zmęczenie, znudzenie, a w efekcie brak po którymś sezonie z rzędu motywacji. Uważnie płynę/jadę/biegnę na tej mojej triathlonowej drodze, żeby nie przegapić czerwonej ostrzegawczej lampki i nie stracić serca do tego sportu bezpowrotnie.

Myślę, że wiele osób rozpoczynających przygodę z triathlonem powinny czerpać z Twojego doświadczenia oraz uczyć się takiego podejście – bez ciśnienia na wyniki, z dobrą zabawą, regularnością w treningach, ale bez przetrenowania. Bardzo Ci dziękuję za rozmowę. Życzę udanego wyjazdu do Hiszpanii, bo wiem, że to już za chwilę!

Rozmawiała Marta Muszyńska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here