O Badwater – najtrudniejszym biegu ultra na świecie w rozmowie z Arturem Kujawińskim

287
wyświetleń
Wywiad z Arturem Kujawińskim
Wywiad z Arturem Kujawińskim

Artur Kujawiński – sportowiec, biegacz, ultramaratończyk, organizator imprez biegowych i trener biegania. W rozmowie z Aktywnie w Poznaniu opowiada o swojej drodze od małego chłopca do finiszera jednego z najtrudniejszych biegów ultra na świecie – Badwater.

Spotkaliśmy się na organizowanym przez Ciebie spotkaniu z Marcinem Lewandowskim, który miał premierę swojej książki „Mój bieg”. Miałeś okazję już ją przeczytać?

W zasadzie spotkanie, na którym mieliśmy okazję się poznać było organizowane przez fundację RunPoland.org, której jestem członkiem. Między innymi dlatego, że Marcin Lewandowski był Gościem Honorowym na Biegu Niepodległości w 2019 roku. A Marcina i jego brata Tomka znam już ponad 10 lat. Poznaliśmy się internetowo, przy okazji przeprowadzenia wywiadu o pasji życiowej i drodze do projektów sportowych. Później wielokrotnie mieliśmy okazję się spotkać na żywo. Widziałem chyba wszystkie jego biegi – zarówno mistrzowskie, jak i na meetingach, które przebiegł w ciągu ostatnich 12 lat. Bardzo podoba mi się jego filozofia życiowa i wiara w sukces i w to, że ciężka praca przynosi sukcesy. Kibicuje mu, aby zdobył medal olimpijski jako ukoronowanie całej kariery sportowej. W zasadzie kiedy wiem, że Marcin startuje, szczególnie w imprezie mistrzowskiej, to rzucam wszystko, siedzę przed telewizorem, praktycznie wchodzę w ekran i biegnę razem w nim. Dostarcza mi niesamowitych emocji oraz nerwów, to jest coś ekscytującego. 

Książki Marcina jeszcze nie miałem okazji przeczytać, dlatego że mam bardzo bogatą bibliotekę jeśli chodzi o biografie oraz książki motywujące. Od zawsze lubiłem książki o sportowcach, dlatego że zawsze chciałem poznać ich historie, fascynowało mnie, jak przebiegało ich życie. Sam też zawsze chciałem być sportowcem i wyobrażałem sobie, że właśnie tak przebiegać będzie moje życie. Teraz skończyłem książkę „Jak bardzo chcesz” z pogranicza psychologii i sportu. W kolejce czeka Joanna Jędrzejczyk i jej książka „Wojowniczka”, którą też miałem okazję spotkać i bardzo jej kibicuję, a gdy są walki na żywo, to o tej 4 czy 5 rano – oglądam. Ważne wydarzenia sportowe, typu igrzyska olimpijskie czy mistrzostwa świata, oglądam zawsze na żywo. Tylko wtedy są największe emocję. Więc, gdy skończę książkę Joanny to zabiorę się za książkę Marcina, bo nie może czekać w kolejce.

Czyli długa lista książek na to, aby zostać w domu jest przygotowana?

Tak naprawdę jestem tak zabiegany, że książek w kolejce jest około 40. Mam co czytać, a do tej pory nie miałem za bardzo czasu, bo głównie czytam aktualności czy portale sportowe oraz wszystko to, co jest związane z bieganiem, zarówno po polsku, jak i po angielsku. Kiedyś na przeczytanie książki wystarczyły 2-3 dni, teraz czytam książkę 2-3 miesiące, ponieważ chce ją bardzo dokładnie przeczytać, w spokoju i skupieniu, a najchętniej robię to, gdy jestem w podróży. 

Dla mnie rozmowy i spotkania z ludźmi, którzy mają w sobie pasję i miłość do tego co robią są bardzo inspirujące i motywujące do działania, bo to pokazuje, że jak się chce to można wszystko. Myślę, że zaliczasz się do takich osób. Posiadasz na swoim koncie mnóstwo osiągnięć biegowych. Za co pokochałeś bieganie?

Pokochałem bieganie, ponieważ daje ono ogromną możliwość samorozwoju i to postawiłbym na pierwszy miejscu. Poza tym można podróżować, poznawać niesamowitych ludzi i przeżywać przygody, jak w filmie. Ale przede wszystkim samorozwój, ponieważ ciągle człowiek dąży do tego, aby być lepszym. Ograniczenia są w postaci sztabu trenerskiego, obozów, kosztów, czy nawet miejsca na ziemi, w którym mieszkamy. Kocham bieganie, bo to sport indywidualny. Po pierwsze to co wytrenujemy, jest wymierne – czas i dystans można zmierzyć. Po drugie, pretensje czy zadowolenie będziemy mieli tylko do siebie. Tak naprawdę to, co my uzyskujemy na mecie, to jest to ile serca i wysiłku włożyliśmy w trening. Później możemy to przeanalizować – czy wynik na mecie to jest tym, o co nam chodziło, czy zasłużyliśmy na ten wynik, a nawet jeśli się nie uda, to dla mnie ważne jest czy mecie walczyłem do końca, czy dałem z siebie wszystko i czy mentalnie się nie poddałem. 

Bieganie daje to, że cały czas, w zasadzie do końca życia, można uczyć się i rozwijać, ponieważ mimo, że ja biegam już 30 lat, to uważam, że przede mną jeszcze bardzo dużo nauki. Każdy start to jakaś lekcja i poznawanie własnego organizmu. Nigdy nie jest tak, że człowiek staje na starcie i na pewniaka wie, że wszystko pójdzie dobrze, nic się nie wydarzy i wszystko już opanował. To jest zawsze przygoda i właśnie to jest najbardziej fascynujące. 

Pomimo osiągnięć, które już masz na swoim koncie, stawiasz sobie ciągle nowe cele i wyzwania. Wróćmy do czasów dzieciństwa. Wyczytałam na Twojej stronie, że w wieku 6 lat ścigałeś się z dzieciakami na ratajskim osiedlu. Co było dalej? Opowiedz o swoich początkach. Jak narodziła się miłość i pasja do biegania?

Zapamiętałem ten 6 rok życia, dlatego, że podczas tego ścigania się z kolegami, pojawiła się taka iskierka, myśl, że chciałbym być sportowcem. Był taki moment, gdzie ścigałem się z rówieśnikami i już wtedy byłem najszybszy, wówczas pojawiła się taka żyłka sportowca czy duch sportu – coś takiego dojrzałego. W pierwszej klasie szkoły podstawowej miałem super nauczycieli, którzy organizowali sprawdziany, zawody, akurat to były biegi po żużlu na 50 metrów. Zawsze miałem taką informację, że jestem najszybszy w szkole, wygrywałem z rówieśnikami. Przez lata to się rozwijało. Jeździłem na obozy harcerskie, na kolonie, gdzie też były organizowane zawody sportowe, a ja zawsze występowałem w konkurencjach biegowych i zawsze wygrywałem. A nawet jeśli ktoś pobiegł szybciej to ja chciałem jeszcze raz pokonać ten dystans, aby poprawić wynik. I tak to przez lata się rozwijało, aż w końcu w szkole podstawowej przyszedł Andrzej Bakulin, były sprinter, który założył sekcję lekkoatletyki i zrobił nabór chłopaków do grupy sprinterskiej. Załapałem się i stworzyliśmy sztafetę 4×100. W 1988 roku, w wieku 12 lat oglądałem po raz pierwszy otwarcie igrzysk olimpijskich w Seulu, tam występował mój idol – Carl Lewis, który ścigał się z Benem Johnsonem. Wtedy absolutnie zakochałem się w sprincie i w bieżni tartanowej. Do dziś kiedy wchodzę na stadion i dotykam tej bieżni to serce zaczyna szybciej bić. Miałem to szczęście w życiu, że po 30 latach odwiedziłem ów stadion w Seulu i symbolicznie przebiegłem 100 metrów, cały stadion został otwarty tylko dla mnie. To była magiczna chwila, która na zawsze pozostanie w moim sercu.

Czyli zaczęło się od sprintów. Więc jak to się stało, że zacząłeś biegać biegi długodystansowe?

Po maturze zawiesiłem na rok przygodę ze sprintami. Skupiłem się na nauce i na studiach. Jednak na pierwszym roku studiów, na korytarzu spotkał mnie Janusz Grzeszczuk – mentor i szef Katedry Wychowania Fizycznego na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Zahaczył mnie i powiedział, że potrzebny jest 10-ty zawodnik do klasyfikacji uniwersyteckiej na przełajach, na poznańskiej Malcie. Do przebiegnięcia są trzy kilometry i czy bym się zgodził wziąć udział w zawodach. Trochę już truchtałem na Malcie, więc pomyślałem, że trzy kilometry to jest krótki dystans, więc czemu by nie spróbować. Pojechałem i tak jak w biegach krótkich, biegniesz kilka sekund, tak w biegach długich spodobało mi się, że to trwa już minuty. Trzeba mieć strategię, ponieważ tam były okrążenia – jedno krótsze, drugie dłuższe. Tych biegaczy było nagle co najmniej kilkudziesięciu. Można było obserwować, jak kto rozkłada siły. Spodobało mi się, że to trwa dłużej, niezbędna jest strategia, rozłożenie sił i obserwowanie, jak inni rywalizują na trasie.

Kiedy były pierwsze zawody długodystansowe, w których wziąłeś udział?

Lata 90., dokładny rok 1996 lub 1997 – musiałbym sprawdzić. Mój znajomy Gieniu Rybka zorganizował zawody na dwanaście kilometrów na poznańskiej Malcie. Później Janusz Grzeszczuk z Uniwersytetu Ekonomicznego wziął nas na zawody do Hydeparku w Londynie na sztafety uniwersyteckie. Tam miałem styczność ze studentami z Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii. Zafascynowały mnie międzynarodowe sztafety 5 x 3 mile. Rywalizacja, możliwość poznawania ludzi z innych krajów. To było niesamowite uczucie!

Warto tutaj wspomnieć jeszcze mojego sąsiada – Czesia Szymkowiaka, który był dla nas wzorem dorosłego człowieka godnego naśladowania. Kiedy my wychodziliśmy na trzepak, on kilka razy w tygodniu wychodził potruchtać na poznańską Maltę. Prowadził sportowy tryb życia i dzisiaj, mając 65 lat, jak nie więcej, cały czas jest szczupły i wygimnastykowany. Spotkałem go kilka dni temu i on cały czas ćwiczy – podciąga się na drążku, robi gimnastykę. I to jest fascynujące! Takie osoby są przykładem, że cały czas uprawiają sport, dbają o swoje ciało i zdrowie, pokazują, że mając około 70 lat można być cały czas sprawnym i szczęśliwym. 

To prawda. Ale wróćmy do Twojej historii. Przyszedł wrzesień 2015 roku, kiedy to stanąłeś na starcie oraz na mecie Spartathlonu – biegu ultra na dystansie 246,8 km z Aten do Sparty. 

Tak, to jest bardzo ciekawa historia, ponieważ to się wydarzyło dokładnie 10 lat po tym, jak po raz pierwszy przebiegłem 100 km. W tamtych czasach Sparthatlon kończyło bardzo mało osób, około 1/3. Panowały wtedy duże upały w Grecji, a doświadczenie oraz wiedza jak się przygotować było bardzo nikłe. W zasadzie kiedy 8-10 Polaków przyjeżdżało do Aten, to do mety dobiegało 2-3. Dystans Spartathlonu do dzisiaj budzi strach. W 2006 roku spotkałem Piotra Kuryło, który opowiadał o tym, jak to przybiegł do Sparty jako drugi. Wtedy opowieść Piotra to był jakiś kosmos, tym bardziej, że przeglądałem statystyki i w tamtych czasach bieg kończyło 25-30% uczestników. 

Ukończenie biegu wydawało się niemożliwe, ponieważ gdy jechałem do Grecji to byłem żółtodziobem – na swoim koncie miałem pokonane tylko dwa biegi na 200 km. Więc doświadczenie było małe, a limity czasowe były bardzo restrykcyjne – co trzy kilometry punkty kontrolne, było ich w sumie około 75. Byłem jedyną osobą, która wierzyła w to, że dobiegnę do mety, ponieważ wszyscy znajomi patrzyli na mnie z niedowierzaniem. Dodatkowo, bieg pokonałem bez suportu. Suport nie jest obowiązkowy, ale w zasadzie oprócz mnie i Zbyszka Malinowskiego to każdy miał ze sobą suport – wynajęty samochód oraz 2-3 osoby do pomocy.

Artur Kujawiński - meta Spartathlonu
Artur Kujawiński – meta Spartathlonu

Na Twojej stronie można przeczytać całą relację, tydzień po tygodniu, jak wyglądała droga do Sparty. Mógłbyś opowiedzieć o treningach?

Tak, na stronie jest cała relacja. Publikacja treningów pomagała mi w mobilizacji, ponieważ wiedziałem, że koledzy i koleżanki śledzą te przygotowania, a ja realizowałem swój plan. Tydzień po tygodniu pokazywałem i raportowałem, jak się przygotowuje i miałem nadzieje, że to się komuś przyda na przyszłość. Oprócz tego, że robiłem duży kilometraż np. gdy byłem na wakacjach to brałem udział w startach czy też biegałem 30-35 kilometrów na Dziewiczej Górze w największych upałach. Brałem udział w zawodach, które traktowałem jako sprawdziany, np. 3 x Śnieżka czy bieg na 110 km w Kotlinie Kłodzkiej. Kropką nad „i” był wyjazd busem z Poznania do Pragi, a z Pragi zrobiłem trening i przybiegłem do Wrocławia, mając ze sobą tylko mały plecak, kilka rzeczy na przebranie i kartę bankomatową. To było w sierpniu, a cała trasa miała około 260 km.

W 2017 roku pokonałeś Ultra Great Britain na dystansie 323 km, rok później, w 2018 roku ukończyłeś uznawany za najtrudniejszy bieg na świecie – Badwater na dystansie 217 km, który odbywa się w lipcu w Dolinie Śmierci w Kalifornii. Aż strach zapytać – co dalej?

Tu pojawia się granica, ponieważ Badwater uznawany jest za najcięższy bieg ultra na świecie i trudno znaleźć wyzwanie, które temu dorówna. W lipcu 2018 w Dolinie Śmierci odnotowano najwyższą średnią temperaturę. Gdyby nie mój suport – brat Grzegorz , dwóch kolegów Damianów oraz Marcin to byłoby ciężko, ponieważ to oni ratowali mi życie. Nie ma opcji, aby pokonać ten dystans w takiej temperaturze bez wsparcia. 

Jeśli chodzi o to co dalej – to pozostaje wytyczać swoje trasy, bo udział w innych, tego typu biegach jest bardzo kosztowny. Szukałem na ten rok nowych wyzwań, ale to się wiążę z budżetami rzędu dziesiątek tysięcy złotych. Ten rok będzie spokojny – przede wszystkim ze względu na panujący wirus. Jestem w stanie kupić  bilet gdzieś w Europę czy poza i przebiec dany kraj wokół, wszerz czy wzdłuż. Mogę to zrobić sam, mając przy sobie kilka najpotrzebniejszych rzeczy oraz kartę bankomatową.

Artur Kujawiński z medalem Ultra Great Britain
Artur Kujawiński z medalem Ultra Great Britain

Wrócę do Badwater. Czy uważasz, że to były Twoje najtrudniejsze i najbardziej wymagające zawody?

Myślę, że tak. To był też bieg w szczytnym celu – biegliśmy dla Honoraty Gawrońskiej, która była chora na raka, ale niestety nie udało się jej uratować. Psychicznie i fizycznie to był najtrudniejszy bieg, ale i najpiękniejszy. Było to ukoronowanie mojej pasji biegowej, ponieważ nie jestem zawodowcem, a tam startują mistrzowie świata czy zwycięzcy Spartathlonu. Zostałem zaproszony (jest to bieg na zaproszenie) dzięki poprzednim wyczynom, m.in. Ultra Great Britain. W Badwater biegło 100 najlepszych biegaczy z całego świata z tamtego roku i to był dla mnie ogromny zaszczyt, że zostałem zaproszony i mogłem stanąć z nimi na starcie i rywalizować. Psychicznie był o tyle trudny, że miałem dwa poważne kryzysy na trasie. Był moment, kiedy w myślach prosiłem, aby ekipa zdjęła mnie z trasy. Na szczęście była noc i chyba nie widzieli mojego wzroku. Psychicznie było o tyle ciężko, że chciałem pokazać Honoracie, że trzeba walczyć do końca i wychodzić z tego zwycięsko, więc nie mogłem się poddać i zejść. W trakcie Badwater kręcony był film Dolina Śmierci opowiadający o mojej walce na trasie i walce Honoraty z chorobą, który mam nadzieję ujrzy światło dzienne. Jednak, aby go dokończyć potrzebne są jeszcze środki finansowe.

Pytam o najtrudniejsze zawody, bo widziałam relacje z Across Scotland na ponad 350 kilometrów  i tam warunki też nie były łaskawe dla biegaczy.

Mój kolega Paweł Żuk powiedział, że w biegach ultra nie ma czegoś takiego, jak tempo, liczy się strategia. Bo jeśli spojrzymy w wyniki i przeliczymy sobie ilość minut na kilometr to każdy laik stwierdzi, że szybciej to on spacerkiem przejdzie. Tak naprawdę w biegach ultra liczy się strategia, a z pozycji kanapy nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, jakie warunki panują na trasie. Końcówka Across Scotland ładnie wygląda na filmach czy na zdjęciach, kiedy widać, że wbiegam na metę w słońcu uśmiechnięty. Ale prawda jest taka, że praktycznie trzy dni brodziłem po kolana w bagnach, mokradłach, deszczu czy mgle, gdzie musiałem szukać schronienia, kawałka blachy czy fragmentu konstrukcji, pod którą mógłbym się schować przed deszczem, który godzinami był bardzo rzęsisty. Przepaki były dopiero co 100 km, a praktycznie dwa kilometry po przebraniu i wyjściu z punktu, znowu byłem cały mokry. Było ciężko. Nie mówiąc już o przewyższeniach, ponieważ w Anglii i Szkocji przewyższenia były na poziomie Mount Everestu – ponad 8000 m n.p.m. Jednak ten bieg to była dla mnie bardziej przygoda. Nie było to ciężkie pod względem psychicznym czy fizycznym. Mam bardzo silną głowę, a biegi ultra w momentach kryzysowych pokonuje się właśnie głową.

Artur Kujawiński Across Scotland
Artur Kujawiński Across Scotland
Artur Kujawiński na trasie biegu ultra Across Scotland
Artur Kujawiński na trasie biegu ultra Across Scotland

Pokonywanie dystansów ultra jest bardzo wymagające dla organizmu. Jestem ciekawa, jak się regenerujesz i ile czasu potrzebujesz na regenerację?

Co jest ważne – lubię zawody w formule non-stop. W Ultra Great Britain czy Across Scotland dyrektor zawodów ogłosił start zawodów i… widzimy się na drugim końcu kraju. I zasada jest jedna – kto szybciej tam dobiegnie. Śpimy ile chcemy i gdzie chcemy. Wyznaczone są punkty kontrolne i przepaki. Ale zasadą jest, że widzimy się na starcie i na mecie. Jeżeli chodzi o regenerację, to zamieściłem filmik, w którym już jeden dzień po przebiegnięciu Anglii byłem w stanie truchtać. Ważne jest to, aby prawidłowo dbać o stopy. U mnie wygląda to tak, że po przebiegnięciu dwustu kilometrów mam może jeden pęcherz i nie mam żadnych obtarć. 

Jeśli chodzi o regenerację – aby dojść do pełnej regeneracji czy wypoczynku to potrzeba ok. miesiąca. Ale aby zacząć truchtać, to tak naprawdę mogę już po dwóch dniach. Tylko trzeba mieć taką świadomość, że to są wielomiesięczne przygotowania. Jeśli np. planuję przebiec jakiś bieg w sierpniu, to przygotowania zaczynam w listopadzie / grudniu. To jest ponad pół roku przygotowań, regularnego zwiększania obciążeń, po to, abym doszedł do takiego poziomu, że o każdej porze dnia czy nocy mogę przebiec bez problemu sto kilometrów. Najważniejsza jest ciężka i systematyczna praca oraz treningi sześć – siedem razy w tygodniu, sporadycznie w weekend nawet 2 treningi dziennie. 

Stosujesz jakąś konkretną dietę?

Nie, nie stosuję żadnej diety, ale staram się nie jeść takich głupot, jak np. chipsy, batoniki czy napoje gazowane. Bardzo lubię mięso oraz węglowodany, codziennie jem makaron na zmianę z ryżem, dużo warzyw. Mój jadłospis wygląda tak, że jem małe śniadanie, bardzo duży obiad – ok. 1-1,5 kg, potem kawa ewentualnie z czymś słodkim oraz mniejsza kolacja. Przeliczając na kalorię to myślę, że jest to ok. 2500 kcal.

Artur Kujawiński
Artur Kujawiński

Jesteś także trenerem. Gdy przychodzi do Ciebie nowa osoba i chce zacząć z Tobą treningi, to od czego zaczynasz? Jak wygląda przygotowanie do rozpoczęcia treningu z Tobą?

Przede wszystkim wysyłam na początku ankietę składającą się z około 20 pytań. Pytania dotyczą różnych dziedzin – przeszłości sportowej, kontuzji, stanu zdrowia. Zawsze gdy jest jakaś wątpliwość i jakiś sygnał, że zdrowie nie jest idealne, to odsyłam na konsultacje z lekarzem. Jeśli dana osoba marzy o jakimś wyniku w półmaratonie, maratonie czy ultra maratonie to trzeba mieć pewność, że nie ma kontuzji, a zdrowie pozwala na regularne treningi. Szkoda by było, aby np. w połowie przygotowań okazało się, że organizm nie wytrzymuje i nie daje rady.

Jeśli chodzi o treningi to rozpisuje je internetowo, co tydzień, ponieważ te osoby nie są zawodowcami, dlatego trzeba dostosować treningi do ich trybu życia. Niektórzy wyjadą na delegację, złapią przeziębienie lub będą mieli bardziej zabiegany tydzień to wtedy robię korekty. Ważne jest raportowanie w każdy weekend, a w informacji zwrotnej otrzymują trening dostosowany do nowego tygodnia.

Wiem, że piszesz książkę. Czy znajdziemy w niej Twoje metody prowadzenia treningów? Czy raczej będzie to Twoja historia?

O pisaniu książki mówię głośno po to, aby mnie to mobilizowało i abym mógł w końcu to zrobić. Częściowo jest ona już spisana, ale to zalążek, ponieważ mam bardzo bogaty materiał. Na pewno muszę to uporządkować i sporo dopisać. Prawda jest taka, że mam pomysł na dwie książki. Chciałbym, aby ta druga była typowo motywacyjna z wieloma przykładami i poradami jak radzić sobie w trudnych sytuacjach na biegach i treningach. Jest trudniejsza, ponieważ powinna być mocno ukierunkowana i przemyślana. 

Natomiast pierwsza książka to moja droga – droga od małego chłopca, który miał 6 lat i biegał wokół bloku na poznańskim osiedlu, a który dotarł do Badwater i stanął na starcie z najlepszymi ultra maratończykami z całego świata. Badwater byłby ostatnim lub jednym z ostatnich rozdziałów. Chciałbym pokazać drogę, że jeśli coś się robi systematycznie i z pasją to dochodzi się do pewnego punktu i jest się w stanie spełnić swoje marzenie.

Artur Kujawiński w trakcie biegu ultra Badwater
Artur Kujawiński w trakcie biegu ultra Badwater

TUT, czyli Trójmiejski Ultra Track, to ostatnie zawody, w których wziąłeś udział w tym roku. Przed nami trudny czas – nie tylko dla organizatorów zawodów biegowych, ale także dla zawodników. Jak planujesz wykorzystać ten czas?

Trenuje cały czas, nie przerywam treningów. Przygotowywałem się na 48-godzinny bieg, który miał się odbyć pod koniec kwietnia, ale niestety już się nie odbędzie. Musiałem wprowadzić cięższe i mocniejsze treningi, w które włożyłem dużo serca. Pojechałem pociągiem do Gniezna i wróciłem biegnąc, czyli pokonałem ok. 50 kilometrów. Jednak póki co mocniejszych treningów nie będę wykonywał. Mój obecny kilometraż to 110-115 kilometrów tygodniowo, wychodzę 6-7 razy w tygodniu. Normalnie, gdybym przygotowywał się do startu to pewnie biegałbym 150-160 kilometrów tygodniowo. 

Mam cichą nadzieję, że pod koniec czerwca odbędzie się Sudecka Setka, którą miałem potraktować treningowo. Gorzej z biegami w drugiej części roku, ponieważ nie miałem zaplanowanego żadnego startu, nie znalazłem żadnego biegu ultra na 200 czy 300 kilometrów. W tym roku raczej odpuszczę dłuższy start, a jeśli chodzi o przyszły rok to póki co nie chcę jeszcze zdradzać szczegółów, ale na pewno wyznaczę swoją trasę i coś swojego pobiegnę.

Czego mogę Ci życzyć?

Zdrowia! Potrzebuję tylko zdrowia, bo jeżeli będzie zdrowie to będę mógł kontynuować swoją pasję oraz będę mógł trenować i przygotowywać się do biegów. A gdzie mnie nogi poniosą to zobaczymy. Ostatnie biegi pokazują, że chyba nie ma limitów. Także jeśli będzie zdrowie moje i moich najbliższych, których czasami muszę opuścić, to niczego więcej mi nie brakuje. Zdrowie jest najważniejsze!

Wobec tego życzę dużo zdrowia i dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Marta Muszyńska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here